Jeszcze kilka lat temu słowo „retreat” kojarzyło się przede wszystkim z jogą, medytacją i wyjazdem na Bali. Dziś można pojechać na camp tenisowy do Hiszpanii, warsztaty kulinarne do Toskanii, retreat longevity w Alpach albo weekend poświęcony regeneracji i lepszemu snu. Zmieniają się programy, uczestnicy i oczekiwania. A za tą zmianą stoją nie tylko piękne zdjęcia z Instagrama, lecz także bardzo konkretne pieniądze.
Wyjazd integracyjny jeszcze niedawno miał dość przewidywalny scenariusz: hotel, prezentacja wyników, kolacja, bar i kilka atrakcji, które miały sprawić, że zespół lepiej się pozna. Dziś coraz więcej firm szuka czegoś innego. W programach pojawiają się trekking, joga, warsztaty dotyczące zdrowia, wspólne gotowanie i czas na zwyczajne rozmowy. Czy firmowe wyjazdy zaczynają przypominać retreaty? A może po prostu zmienia się nasze wyobrażenie o tym, jak warto spędzać czas z ludźmi, z którymi pracujemy?
Kiedyś luksus oznaczał mieć więcej. Dziś coraz częściej oznacza mieć mniej na głowie. Mniej pośpiechu, mniej bodźców, mniej rzeczy, które domagają się naszej uwagi. Za to więcej czasu, przestrzeni i energii na życie, które naprawdę lubimy.
Jeszcze niedawno najlepsza lokalizacja oznaczała bliskość wszystkiego. Dziś coraz częściej zachwyca nas miejsce, w którym nie ma prawie nic. Poza lasem, wodą, przestrzenią i możliwością spędzenia kilku godzin bez pośpiechu. Kiedyś wybieraliśmy hotele w centrum miasta, blisko restauracji, sklepów i atrakcji. Dziś równie chętnie zapisujemy na Instagramie niewielki dom pośrodku lasu, hotel nad jeziorem albo pensjonat, z którego można wyjść prosto na górski szlak.
Możemy mieć piękny dom, wygodny samochód i kalendarz pełen ciekawych planów, a jednocześnie nie mieć kiedy z tego wszystkiego korzystać. Coraz częściej największą wartością przestaje być to, co możemy sobie kupić, a zaczyna być to, czego nie musimy już robić sami. Przez lata luksus kojarzył się przede wszystkim z rzeczami. Z wyjątkowym produktem, pięknym wnętrzem, doskonałą lokalizacją. Dziś coraz bardziej doceniamy coś znacznie mniej widowiskowego: możliwość zdjęcia z siebie części codziennych obowiązków.
Nowa torebka, piękny mebel czy wymarzony zegarek potrafią sprawić ogromną przyjemność. Ale jest coś interesującego w tym, że po kilku latach częściej opowiadamy o podróży do Włoch niż o rzeczy, którą kupiliśmy w podobnym czasie. Dlaczego niektóre doświadczenia zostają z nami na tak długo?
Niektóre książki pamiętamy razem z miejscami, w których je czytaliśmy. Powieść zabrana na grecką wyspę, kryminał przeczytany podczas deszczowego weekendu w górach, historia, od której nie mogliśmy oderwać się na plaży. Teraz wokół tej prostej przyjemności powstaje cały nowy rodzaj podróżowania.
Wyjazd na turniej sumo, weekend w dawnym klasztorze, wakacje na farmie, a może podróż śladami ulubionego serialu? Najnowsze raporty turystyczne pokazują, że nasze pomysły na podróżowanie stają się coraz bardziej osobiste, a czasem wręcz zaskakujące.
Przez ostatnie lata nauczyliśmy się całkiem sporo mówić o emocjach. Chodziliśmy na terapię, czytaliśmy książki o traumach, poznawaliśmy style przywiązania, ćwiczyliśmy uważność i próbowaliśmy zrozumieć własne reakcje. Rozwój osobisty, który kiedyś kojarzył się głównie z motywacyjnymi poradnikami, stał się częścią codziennych rozmów. I bardzo dobrze. Tyle że w tym intensywnym zainteresowaniu psychiką czasem zapominaliśmy o czymś dość oczywistym: głowa nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty organizmu.
Jeszcze niedawno przemysł anti-aging obiecywał nam przede wszystkim młodszy wygląd. Dziś coraz częściej słyszymy o wieku biologicznym, zdrowiu metabolicznym, regeneracji i długowieczności. Zmienił się język, zmieniły się technologie, ale przede wszystkim zmieniło się pytanie. Nie zastanawiamy się już wyłącznie, jak długo będziemy żyć. Coraz bardziej interesuje nas, w jakiej kondycji spędzimy kolejne dekady.
Jeszcze niedawno udane wakacje poznawaliśmy po liczbie miejsc, które udało nam się zobaczyć. Dziś coraz częściej wracamy z podróży zadowoleni przede wszystkim dlatego, że przez kilka dni nikt niczego od nas nie chciał. Pamiętam czasy, kiedy planowanie wyjazdu zaczynało się od sprawdzenia, co koniecznie trzeba zobaczyć.
Pamiętacie wakacyjne obozy, na których od rana do wieczora coś się działo? Sport, nowe umiejętności, wspólne posiłki, ludzie poznani pierwszego dnia i historie opowiadane jeszcze długo po powrocie. Okazuje się, że jako dorośli wcale nie straciliśmy ochoty na takie wyjazdy. Zmieniło się tylko to, że teraz sami wybieramy, czego chcemy się nauczyć.