Odpoczywam od 15:00 do 17:00. Kiedy przerwa stała się kolejnym zadaniem do odhaczenia
Jeszcze niedawno odpoczynek był tym, co zostawało, kiedy kończyły się obowiązki. Dziś coraz częściej sami wpisujemy go do kalendarza. Blok „regeneracja” między spotkaniami, spacer o 7:30, dziesięć minut medytacji, bo tyle przewiduje aplikacja. Odpoczywamy od 15:00 do 17:00. A potem wracamy do listy zadań.
Brzmi rozsądnie. Skoro dni są coraz bardziej wypełnione, trzeba zadbać o to, żeby przerwa w ogóle się w nich zmieściła. Problem zaczyna się wtedy, gdy odpoczynek przestaje różnić się od wszystkiego innego, co mamy do zrobienia.
Złapałam się na tym kiedyś w sobotę. Na liście, obok „zrobić zakupy” i „odpisać na maile”, stało „odpocząć”. I rzeczywiście odpoczęłam. Przez godzinę leżałam z książką, co jakiś czas zerkając na zegarek, żeby sprawdzić, ile mi jeszcze zostało. Zadanie wykonane. Tylko trudno powiedzieć, żebym poczuła się wypoczęta.
Niemiecki socjolog Hartmut Rosa od lat opisuje zjawisko społecznego przyspieszenia. Technologia miała oszczędzać nam czas: szybsza komunikacja, szybszy transport, szybsze załatwianie spraw. Paradoksalnie mamy go jednak coraz mniej, bo zaoszczędzone minuty natychmiast wypełniamy kolejnymi aktywnościami. Robimy więcej, ale wcale nie czujemy, że mamy więcej czasu.
W takim świecie wolna chwila łatwo zaczyna wyglądać jak luka w planie. Coś, co trzeba zagospodarować. Najlepiej produktywnie.
Ciekawie pokazują to badania Gabrieli Tonietto i Selin Malkoc. W serii eksperymentów opisanych w artykule „The Calendar Mindset” badaczki sprawdzały, co dzieje się z przyjemnymi aktywnościami, kiedy przypisujemy je do konkretnej godziny. Zaplanowany w ten sposób czas wolny częściej przypominał uczestnikom obowiązek i sprawiał im mniej przyjemności. Co ważne, efekt w dużej mierze znikał, gdy plan był luźniejszy, na przykład „po południu” zamiast „od 15:00 do 17:00”.
To wiele mówi o tym, jak działa kalendarz. Coś, co ma wyznaczony początek i koniec, wymaga pilnowania. A coś, czego trzeba pilnować, trudno w pełni odpuścić.
Jest też druga strona tego zjawiska: przekonanie, że odpoczynek trzeba uzasadnić. W innym badaniu, współtworzonym przez te same autorki, osoby postrzegające czas wolny jako stratę czasu mniej się nim cieszyły i ogólnie gorzej oceniały swoje samopoczucie.
Stąd bierze się odpoczynek „z celem”. Drzemka, żeby być bardziej produktywnym. Spacer, żeby lepiej pracować. Weekend, żeby naładować baterie na poniedziałek. Odpoczynek w służbie wydajności, jakby sam w sobie nie był wystarczającym powodem.
Do tego dochodzą urządzenia, które wszystko mierzą. Zegarek ocenia jakość snu, poziom stresu i gotowość do treningu. Rano dostajemy wynik regeneracji. Nawet relaks ma dziś swoją punktację, a więc można go też oblać.
Nie chcę przy tym powiedzieć, że planowanie przerw jest złe. Dla wielu osób to jedyny sposób, żeby w ogóle odpocząć. Jeśli kalendarz jest jedynym miejscem, którego szanują inni i my sami, blok z napisem „przerwa” może ochronić nas przed kolejnym spotkaniem. Czasem to jedyna obrona przed światem, który chętnie zabrałby nam każdą wolną godzinę.
Chodzi raczej o to, co dzieje się w środku tej zarezerwowanej godziny. Czy nadal ją rozliczamy? Czy sprawdzamy, czy odpoczywamy wystarczająco dobrze? Czy potrafimy przedłużyć spacer, jeśli akurat jest nam dobrze, albo zrezygnować z jogi, bo wolimy po prostu posiedzieć?
Widać to również w podróżach. Bywa, że wracamy z urlopu bardziej zmęczeni, niż wyjechaliśmy, bo nawet wypoczynek próbowaliśmy zrealizować według planu. Dlatego coraz więcej osób szuka wyjazdów, na których ktoś inny zajmie się organizacją, a one same mogą wreszcie przestać zarządzać własnym czasem. Dobry program nie zmusza do odpoczywania. Zostawia na nie miejsce.
Oliver Burkeman w książce „Four Thousand Weeks” pisze o wartości czynności, które robimy nie po to, żeby coś osiągnąć, ale dla nich samych. Spaceru bez celu. Gry na instrumencie bez ambicji występu. Rozmowy, która do niczego nie prowadzi. Właśnie one najczęściej znikają z naszych dni, bo trudno wpisać je do jakiejkolwiek tabelki.
Może więc warto czasem zostawić w kalendarzu pole bez nazwy. Nie „regeneracja”, nie „self-care”, nie „reset”. Po prostu wolne popołudnie. Bez planu, co z nim zrobimy, i bez oceny, czy dobrze je wykorzystaliśmy.
Bo odpoczynek nie jest kolejnym zadaniem do odhaczenia. To czas, w którym przez chwilę nie musimy niczego odhaczać.
Źródła
Hartmut Rosa, Social Acceleration: A New Theory of Modernity, Columbia University Press, 2013.
Gabriela N. Tonietto, Selin A. Malkoc, „The Calendar Mindset: Scheduling Takes the Fun Out and Puts the Work In”, Journal of Marketing Research, 2016.
Gabriela N. Tonietto, Selin A. Malkoc, Rebecca Walker Reczek, Michael I. Norton, „Viewing Leisure as Wasteful Undermines Enjoyment”, Journal of Experimental Social Psychology, 2021.
Oliver Burkeman, Four Thousand Weeks: Time Management for Mortals, 2021.
