Biohaking wszedł do mainstreamu głośno — z obietnicami dłuższego życia, lepszej regeneracji i mózgu pracującego jak u dwudziestolatka. Część z tego ma pokrycie w badaniach, część to marketing zapakowany w naukowy język.
Zimne zanurzenia i naprzemienne prysznice rzeczywiście wpływają na układ nerwowy i subiektywne odczucie energii — potwierdzają to badania nad aktywacją współczulnego układu nerwowego, choć efekt na odporność jest słabiej udokumentowany niż sugerują influencerzy. Praca z oddechem (szczególnie techniki wydłużonego wydechu) ma solidne podstawy w regulacji stresu. Sen jako priorytet, nie dodatek do dnia, to jedyna interwencja, na którą zgadzają się wszyscy badacze bez wyjątku.
Reszta — od suplementów po zimne prysznice na czczo o określonej porze — to w dużej mierze rytuał, nie fizjologia. Nie znaczy to, że szkodzi. Znaczy, że nie trzeba się tym stresować bardziej niż samym stresem, który biohaking miał rozwiązać.