Retreat – co to właściwie jest i dlaczego coraz więcej osób wybiera takie wyjazdy?
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda prosto. Kilka dni poza miastem. Joga o poranku, wspólne śniadania, las, morze albo góry. Telefon częściej zostaje w pokoju. Wieczorem sauna, medytacja, rozmowa przy stole. Można pomyśleć: po prostu kolejny sposób na spędzenie weekendu.
A jednak ludzie rzadko jadą na retreat tylko po to, żeby gdzieś pojechać.
Jedna osoba przyjeżdża, bo od kilku miesięcy budzi się zmęczona. Ktoś inny właśnie zakończył związek i po raz pierwszy od lat ma spędzić kilka dni sam ze sobą. Ktoś pracuje po dziesięć godzin dziennie i dopiero wieczorem orientuje się, że właściwie przez cały dzień nie zrobił ani jednego spokojnego oddechu. Jest też ktoś, kto po prostu chce poćwiczyć jogę w pięknym miejscu i dobrze zjeść.
Z zewnątrz wszyscy wyglądają podobnie. Przyjeżdżają z torbą, matą, książką, czasem lekkim zakłopotaniem. Ale każdy przywozi ze sobą coś innego.
I być może właśnie dlatego retreat jest czymś więcej niż wyjazdem.
Wyjeżdżamy, choć często nie wiemy dokładnie po co
W codziennym życiu stosunkowo łatwo nie zadawać sobie pytań. Rano trzeba wstać. Zrobić śniadanie. Odpowiedzieć na wiadomości. Zawieźć dzieci. Pojechać do pracy albo otworzyć komputer. Oddzwonić. Zrobić zakupy. Wieczorem można jeszcze obejrzeć serial, przewinąć kilkadziesiąt ekranów telefonu i położyć się spać.
Następnego dnia wszystko zaczyna się od początku.
Nie musi być w tym nic dramatycznego. Właśnie na tym polega trudność. Czasem nie dzieje się nic szczególnie złego, a jednak pojawia się poczucie, że tygodnie zaczynają zlewać się ze sobą.
Nie zawsze potrzebujemy wtedy rewolucji. Czasem potrzebujemy po prostu zmiany perspektywy.
Wyjazd na retreat tworzy coś, czego w normalnym rytmie często brakuje: przerwę.
Nie odpowiedź. Nie rozwiązanie. Nie przemianę.
Przerwę.
A kiedy na chwilę przestajemy reagować na kolejne obowiązki, zaczynamy zauważać rzeczy, które wcześniej łatwo było zagłuszyć.
Każdy jedzie po coś innego
Organizator może napisać w programie: joga, medytacja, spacery, zdrowa kuchnia. Ale prawdziwy program każdego uczestnika zaczyna się trochę gdzie indziej.
Ktoś chce odpocząć.
Ktoś chce się ruszyć, bo od roku obiecuje sobie, że zacznie dbać o ciało.
Ktoś chce poznać ludzi.
Ktoś przeciwnie – przez kilka dni nie chce od nikogo niczego potrzebować.
Jedna osoba przyjeżdża po trudnym okresie w pracy. Inna właśnie dostała awans i teoretycznie wszystko powinno być dobrze, tylko z jakiegoś powodu nie potrafi się tym cieszyć.
Są osoby, które po raz pierwszy w życiu wyjeżdżają gdzieś same. Są też takie, które podróżują samotnie od lat i właśnie dlatego dobrze wiedzą, ile może dać kilka dni poza własnym środowiskiem.
Nie zawsze potrafimy nawet nazwać powód.
Czasem decyzja zaczyna się od prostego zdania: „Potrzebuję gdzieś wyjechać”.
I to wystarczy.
Retreat nie musi być ucieczką. Chociaż czasem trochę nią jest
Lubimy mówić, że nie powinno się uciekać od problemów. To prawdopodobnie prawda. Problem w tym, że czasem trudno cokolwiek zobaczyć, kiedy stoi się dokładnie w środku własnego życia.
Zmiana miejsca nie rozwiązuje konfliktu w związku. Nie zmniejsza liczby wiadomości w skrzynce. Nie podejmuje za nas decyzji zawodowej. Po powrocie nadal będziemy musieli zapłacić rachunki, odpowiedzieć na zaległego maila i zrobić pranie.
A jednak dystans potrafi coś zmienić.
W domu patrzymy na te same ściany, chodzimy tymi samymi drogami, spotykamy tych samych ludzi. Nasze zachowania uruchamiają się niemal automatycznie.
W nowym miejscu część tych automatyzmów znika.
Nie ma biurka, przy którym zwykle siedzimy. Nie ma kuchni, do której wchodzimy bezmyślnie po kolejną kawę. Nie ma tych samych dźwięków i tych samych punktów odniesienia.
Nagle pojawia się trochę wolnej przestrzeni.
Nie zawsze wiemy, co z nią zrobić.
Dlaczego zwykłe wakacje czasem nie wystarczają?
Można wyjechać na tydzień na wakacje i wrócić jeszcze bardziej zmęczonym.
Lot o szóstej rano. Transfer. Zameldowanie. Lista restauracji. Atrakcje. Zdjęcia. Plaża, którą podobno koniecznie trzeba zobaczyć. Miasto oddalone o godzinę jazdy, skoro już jesteśmy tak blisko. Wieczorem jeszcze sprawdzamy, co zrobić następnego dnia.
Współczesny urlop bardzo łatwo zmienia się w kolejne zadanie do wykonania.
Retreat proponuje coś odwrotnego.
Ktoś wcześniej pomyślał o miejscu. Ktoś ugotuje śniadanie. O określonej godzinie zacznie się joga. Później będzie spacer. Potem kilka godzin, z którymi nie trzeba nic robić.
I właśnie to może okazać się niezwykle uwalniające.
Na co dzień podejmujemy setki drobnych decyzji. Co zjemy? Kiedy pojedziemy? Co kupić? Kiedy odpisać? Czy zrobić jeszcze jedną rzecz przed końcem dnia?
Na retreatcie część tych decyzji na chwilę znika.
Można po prostu przyjść na śniadanie.
Pierwszy dzień bywa trochę dziwny
Na zdjęciach retreaty wyglądają tak, jakby wszyscy natychmiast osiągali wewnętrzny spokój.
Rzeczywistość bywa bardziej interesująca.
Przyjeżdżasz do miejsca, którego nie znasz. Wchodzisz do pokoju. Poznajesz kilkanaście nowych osób. Nie wiesz jeszcze, z kim będziesz siedzieć przy stole. Nie wiesz, czy zajęcia będą dla ciebie. Nie wiesz nawet, czy dobrze zrobiłeś, przyjeżdżając.
Telefon nadal wydaje się ważny.
Ręka automatycznie sięga do kieszeni.
Może przez pierwsze godziny myślisz jeszcze o pracy.
To normalne.
Nie przechodzimy z codziennego napięcia do pełnego spokoju w momencie przekroczenia progu domu w lesie.
Ciało i głowa potrzebują czasu, żeby zauważyć, że przez chwilę niczego od nich nie wymagamy.
A potem coś zaczyna się zmieniać
Nie zawsze jest to spektakularne.
Czasem pierwszą zmianą jest to, że zaczynamy spać godzinę dłużej.
Albo że po śniadaniu zostajemy przy stole zamiast natychmiast wstawać.
Rozmowa, która miała potrwać pięć minut, trwa godzinę.
Ktoś idzie sam na spacer.
Ktoś siada z książką i po trzydziestu stronach orientuje się, że pierwszy raz od miesięcy naprawdę czyta, zamiast co kilka minut sprawdzać telefon.
Być może właśnie dlatego najważniejszych elementów retreatu często nie ma w programie.
Nie są nimi tylko joga, medytacja czy warsztat.
Są nimi momenty pomiędzy.
Ciało często wie wcześniej niż głowa
Przez dużą część życia traktujemy ciało jak coś, co powinno po prostu działać.
Ma wstać rano. Siedzieć przy komputerze. Przewieźć nas samochodem. Przetrwać kolejną kawę. Wieczorem zasnąć wtedy, kiedy wreszcie zdecydujemy się odłożyć telefon.
Dopiero kiedy zaczynamy się ruszać trochę wolniej, zauważamy napięcie w karku. Płytki oddech. Sztywne biodra. Zaciśniętą szczękę.
Dlatego ruch jest tak częstym elementem retreatów.
Nie dlatego, że każdy powinien zostać joginem.
Chodzi o powrót do czegoś bardzo podstawowego: zauważenia własnego ciała.
Godzina jogi, pilatesu, pływania czy chodzenia po górach potrafi być momentem, w którym przez chwilę nie analizujemy, tylko jesteśmy zajęci tym, co dzieje się teraz.
Nie trzeba być „człowiekiem od jogi”
Wokół retreatów powstał pewien stereotyp.
Lniane ubrania. Matcha. Misy tybetańskie. Perfekcyjnie wykonana pozycja jogi na tle oceanu.
Można to lubić. Można również kompletnie się z tym nie utożsamiać.
Retreat nie wymaga określonego typu osobowości.
Nie trzeba interesować się duchowością. Nie trzeba medytować. Nie trzeba umieć stać na głowie.
Można być człowiekiem, który przez cały tydzień pracuje w Excelu, lubi mięso, nie rozumie kryształów i chce tylko przez trzy dni poćwiczyć, pochodzić po lesie i porządnie się wyspać.
I to również jest wystarczający powód.
Samemu, ale niekoniecznie samotnie
Dla wielu osób największą barierą przed pierwszym retreatem jest myśl: „Nie mam z kim pojechać”.
Tymczasem właśnie samotny przyjazd jest jednym z najbardziej naturalnych sposobów uczestnictwa w takim wyjeździe.
To ciekawe doświadczenie.
W normalnym życiu większość ludzi, których spotykamy, istnieje już w określonym kontekście. To kolega z pracy. Sąsiadka. Partner przyjaciółki. Ojciec kolegi naszego dziecka.
Na retreatcie przez chwilę nie mamy tych etykiet.
Przy stole może usiąść obok siebie właściciel firmy, nauczycielka, studentka i ktoś, kto właśnie zrobił półroczną przerwę od pracy.
Nikt nie zna jeszcze naszych historii.
Możemy je opowiedzieć. Ale nie musimy.
W takich warunkach rozmowy czasem bardzo szybko wychodzą poza zwyczajowe „czym się zajmujesz?”. Być może dlatego, że wszyscy znajdują się trochę poza swoim codziennym światem.
Nie każdy przyjeżdża po ludzi
Jednocześnie nie trzeba na retreatcie zaprzyjaźnić się z całą grupą.
To ważne.
Niektórzy organizatorzy tworzą wyjazdy bardzo wspólnotowe. Inne zostawiają dużo przestrzeni na samotność.
Ktoś będzie rozmawiał do pierwszej w nocy przy kominku.
Ktoś inny po kolacji wróci do pokoju.
Jedno i drugie może być właściwe.
Dobry retreat nie powinien zmuszać do przeżywania go w określony sposób.
Retreat nie naprawi życia
Wokół branży wellness łatwo stworzyć opowieść, w której kilka dni wystarczy, żeby „odnaleźć siebie”, zmienić swoje życie albo wrócić jako zupełnie nowy człowiek.
Rzeczywistość jest mniej efektowna i przez to bardziej wiarygodna.
Po powrocie problemy nadal istnieją.
Jeżeli nie lubimy swojej pracy, trzy dni jogi raczej tego nie zmienią.
Jeżeli mamy konflikt z partnerem, masaż i spacer po lesie go nie rozwiążą.
Jeżeli jesteśmy przemęczeni od miesięcy, jedna dobrze przespana noc nie odbuduje wszystkiego.
Ale retreat może zrobić coś innego.
Może stworzyć miejsce, w którym pierwszy raz od dawna usłyszymy własną myśl do końca.
Czasem to wystarcza, żeby coś zauważyć.
Można też po prostu dobrze się bawić
Nie każdy wyjazd musi prowadzić do wielkich odkryć.
To także warto powiedzieć.
Można pojechać na retreat, ponieważ jest piękne miejsce, dobry instruktor i ktoś obiecuje świetne jedzenie.
Można śmiać się przy kolacji, nauczyć się surfować, wejść na górę, zdrzemnąć się po południu i wrócić bez żadnego nowego planu na życie.
Nie wszystko musi mieć głębszy sens.
Czasem sensem jest po prostu kilka dobrych dni.
Jak wygląda retreat?
Nie istnieje jeden właściwy model.
Może to być weekend w niewielkiej agroturystyce, gdzie rano odbywa się joga, a później grupa idzie na długi spacer po lesie.
Może to być tydzień nad oceanem z surfingiem, treningami i wspólnymi kolacjami.
Może to być pobyt wellness, w którym większą rolę od zajęć odgrywają sauna, masaże, sen i dobre jedzenie.
Są retreaty medytacyjne, podczas których obowiązuje cisza. Są wyjazdy taneczne, fotograficzne, biegowe, kulinarne i trekkingowe.
Są miejsca luksusowe. Są bardzo proste.
Niektóre grupy liczą sześć osób. Inne trzydzieści.
Dlatego pytanie „jaki retreat jest najlepszy?” właściwie nie ma sensu.
Lepsze pytanie brzmi: czego teraz potrzebujesz?
To prawdopodobnie najważniejsze pytanie przed rezerwacją.
Nie: który wyjazd ma najładniejsze zdjęcia?
Nie: gdzie pojechała popularna osoba z Instagrama?
Nie nawet: który program oferuje najwięcej zajęć?
Tylko: czego właściwie chcę od tych kilku dni?
Jeżeli jesteś wyczerpany, intensywny fitness retreat może być kolejnym zadaniem do wykonania.
Jeżeli od miesięcy brakuje ci ruchu, pięć dni bardzo spokojnej medytacji może okazać się nie tym, czego szukasz.
Jeżeli potrzebujesz ludzi, wybierz wyjazd z niewielką grupą i wspólnymi aktywnościami.
Jeżeli potrzebujesz ciszy, sprawdź, czy program rzeczywiście zostawia czas tylko dla siebie.
Najlepszy retreat nie jest najlepszy dla wszystkich.
Jest najlepszy dla ciebie w konkretnym momencie życia.
Może właśnie dlatego wracamy z takich miejsc trochę inni
Nie dlatego, że znaleźliśmy wszystkie odpowiedzi.
Raczej dlatego, że przez kilka dni nie musieliśmy ich szukać.
Wracamy do tego samego mieszkania. Tej samej pracy. Tych samych ludzi. Telefon szybko zapełnia się powiadomieniami.
A jednak czasem zostaje drobna rzecz.
Poranna joga, którą postanawiamy robić dwa razy w tygodniu.
Spacer bez telefonu.
Nowa znajomość.
Myśl, która pojawiła się któregoś wieczoru.
Albo po prostu przypomnienie, że można funkcjonować odrobinę wolniej.
Retreat zaczyna się od wyjazdu, ale nie zawsze chodzi o podróż
Być może właśnie tym retreat różni się od zwykłych wakacji.
Na wakacjach często chcemy zobaczyć nowe miejsce.
Na retreatcie nowe miejsce czasem pomaga zobaczyć coś, co cały czas było bardzo blisko.
Własne zmęczenie. Potrzebę ruchu. Potrzebę ludzi. Potrzebę samotności. Albo zwykłą tęsknotę za porankiem, podczas którego przez godzinę nic nie trzeba.
Każdy jedzie więc po coś.
Czasem dokładnie wie po co.
Czasem dowiaduje się dopiero na miejscu.
A czasem wraca bez żadnego wielkiego odkrycia – tylko bardziej wypoczęty, spokojniejszy i z poczuciem, że kilka ostatnich dni naprawdę należało do niego.
I być może to już całkiem dużo.