Wyjazd solo budzi ten sam niepokój niezależnie od tego, czy to camp biegowy, czy tydzień jogi w górach: czy będę pasować do grupy, czy znajdę z kimś wspólny język, czy nie będę siedzieć sam przy posiłkach.
Z rozmów z uczestnikami wyłania się wzór — pierwsze kilka godzin jest najtrudniejsze, potem grupa się integruje sama, często szybciej niż na wyjeździe ze znajomymi, bo nikt nie ma się do kogo wycofać. Organizatorzy, którzy dobrze prowadzą wyjazdy solo, planują to świadomie: wspólne posiłki przy jednym stole zamiast osobnych stolików, aktywności w parach losowanych, a nie dobieranych przez uczestników, pierwszy wieczór bez telefonów.
Najczęstsza opinia po powrocie? Że jechało się bać samotności, a wróciło się ze znajomościami, które przetrwały dłużej niż sam wyjazd. Nie każdy retreat jest do tego zaprojektowany — warto zapytać organizatora wprost, zanim się zapiszesz.